sobota, 9 maja 2015

Maj i kolejna odsłona dywaników

Maj lubię najbardziej ze wszystkich miesięcy roku. Po pierwsze - zaczyna się majówką ;)

To ja, Matka w pędzie, na majówce. Tu pędzę z ostatnim koniem.

Po drugie - wiosna osiąga swoją pełnię, a rośliny rozwijają się w oczach. Tylko w maju zieleń ma taki specyficzny, nasycony, ale młody odcień. Po trzecie - zaczyna się już sezon na własne szparagi, rzodkiewki, rabarbar, szczaw. Swoją drogą ogród zaczął żyć już swoim życiem, kompletnie przez nikogo niekontrolowanym...



Ale do rzeczy, czyli głównego (?) tematu. Przedstawiam bliźniaki - dwa identyczne dywaniki. Osnowa to bawełniana Bella Alize, która sprawdziła się w tkaniu, mówiąc delikatnie, raczej średnio. Jej elastyczność prawie mnie pokonała. Już przy snuciu sprawiała małe kłopoty, a potem było tylko gorzej. Ale moim zdaniem efekt końcowy nie jest najgorszy ;) Może mimo wszystko jeszcze ją kiedyś wykorzystam.

ręcznie tkane

Splot płócienny przeplata się z twillem w beżach, brązach, szarościach, bielach i błękitach.

rękodzieło

tkany

Po skończeniu powyższych znów całkowicie pochłonęło mnie barwienie sposobami naturalnymi.

środa, 29 kwietnia 2015

O farbowaniu, czyli łapiąc słońce


W związku z przybyciem Pani Wiosny, kilograma czesanki z Poltopsu oraz pojawieniem się na trawnikach łanów kwitnących mniszków, oficjalnie rozpoczęłam sezon farbowania wełny. Nie bez znaczenia był też dzień urlopu :)

Po ubiegłorocznych doświadczeniach z farbowaniem spodziewałam się uzyskać z mniszka lekarskiego kolor żółtoseledynowy. Wełna zabarwiła się jednak na cytrynowożółty, bardzo ładny, wiosenny i słoneczny kolor. 

Czesanka Poltopsu farbowana mniszkiem lekarskim.

 Dwa motki uprzędzionego dubla też zmieniły swój kolor.

Od lewej: dubel farbowany kwiatami mniszka oraz łuskami cebuli, część przędzy pozostała w kolorze naturalnym; dubel farbowany kwiatami mniszka lekarskiego. Kolory w rzeczywistości są bardziej intensywne.

W drodze eksperymentu przygotowałam dwa słoje do farbowania solarnego.

Opalanie na słoneczku.

Może to falstart, ale słoneczko tak pięknie świeciło, że musiałam… Po lewej, czyli duży delikwent: czesanka Poltops, łuski cebuli, kwiaty mniszka lekarskiego, listki brzozy + garść suszonych kocanek. Po prawej, czyli mały delikwent: czesanka Poltops, łuski cebuli, kwiaty mniszka, listki brzozy. Poczekamy, zobaczymy.

A takie są efekty farbowania uprzędzionych singli mrożoną aronią (farbowałam dwa tygodnie temu).

Od prawej: wełna pierwsza kąpiel, bawełna pierwsza kąpiel, wełna druga kąpiel.
Komplecik czesanek. Od środka: merynos druga kąpiel w aronii; Poltops pierwsza kąpiel w aronii, Poltops druga kąpiel w mniszku, Poltops pierwsza kąpiel w mniszku.



Cała wełna przeznaczona do farbowania została wcześniej zaprawiona ałunem.

W roli tła wystąpiły dwie cegły z nieistniejącej już cegielni w Antoniewie.
 

czwartek, 2 kwietnia 2015

O pracach wszelakich


Jedna czwarta roku minęła jak z bicza strzelił. Dawno o niczym nie pisałam, więc to chyba właściwy moment na małe podsumowanie minionych trzech miesięcy. Oprócz tego, co już wcześniej pokazałam na blogu, powstało kilka innych rzeczy. To trochę jak z piosenkami B-sides: nie są na tyle dobre, żeby pojawić się na pierwszych stronach, ale można je zebrać razem i opublikować, a czasami nawet komuś się podobają ;)

A więc w minionym kwartale:

Się zatkało
  
Dywanik dla Koleżanki


Koleżanka oczekiwania miała sprecyzowane – dywanik musiał być niebieski. Chciałam, żeby był taki… taki… ładny. W trakcie tkania prułam go trzy razy, ale wersja końcowa dalej mnie nie satysfakcjonuje. Niemniej jednak spełnił oczekiwania Koleżanki.

Dywanik w romby (oczywiście znowu dywanik)


Byłam z siebie bardzo dumna podczas pracy nad nim. Ten zestaw kolorów, fajny wzór, kilka koszulek mniej w szafie… Po zdjęciu z krosna okazało się, że jeden z białobeżowych pasków jest wyraźnie węższy. Cóż, dwa przerzuty wątku mniej i wyszła chała.


Się uprzędło

Brązowa alpaka: 846 gramów w 779 metrach


Przyjmijmy, że to mleczna czekolada. Szczerze mówiąc ten kolor mnie nie porwał, przerobić ją jednak trzeba było. Przebrałam, wyprałam, wyschło, zgręplowałam i uprzędłam. Pierwsze dwa motki zdecydowanie za grubo. Resztę w miarę przyzwoicie. Popełniłam za to inny błąd: motki nie są wyrównane pod względem jakości (rodzaju włosa). Dwa są mięciutkie i leciutkie (jak na alpakę przystało), kilka średnich, a trzy wyraźnie ostrzejsze i sztywniejsze. Tak to jest jak się źle wymiesza surowiec, grępluje i przędzie partiami.



Się działo

Matczyna beretka

W roli modela słoik z suszonymi jabłkami

Po 40 latach latania po tym świecie bez czapki bez konsekwencji zdrowotnych (serio, do niedawna nie miałam ani jednej czapki), tej zimy przyplątały się kłopoty z zatokami. Chciał czy nie, trzeba było zorganizować coś na głowę. Niestety nie jestem w stanie kupić żadnej czapki w sklepie. Albo skład nie ten, albo nic mi się nie podoba. Jak już znajdę taką, która jest i ładna, i szlachetna w składzie, to dochodzę do wniosku, że taką to mogę sobie sama zrobić. I na tym temat się kończy. Ze swetrami mam dokładnie tak samo. Aczkolwiek kilka posiadam :D
Matczyna beretka powstała z własnoręcznie uprzędzionej wełny wrzosówki, świniarki i alpaki, wg wzoru Ogiku. Autorska, kolorowa wersja Ogiku wygląda fantastycznie, moja jest zdecydowanie skromniejsza. No i trochę za duża ;) W każdym razie potwierdzam to, co napisała autorka wzoru. Nie trzeba mieć „tête à chapeaux”, żeby dobrze w niej wyglądać.



Mini Jagódka


To mniejsza wersja owieczki Jagódki zrobiona z niej samej. Wzór Dropsowy, w wersji autorskiej wygląda o niebo lepiej. Ale i tak mi się podoba. Zamieszkała u Właścicielki owieczek.

Liście lecą z drzew
 

Z Niszy wygarnęłam motek ślicznego Samarkanda Holst Garn’a. Długo myślałam co z nim zrobić. Wybór padł na Fionę Dropsa. Wzór nie jest mocno skomplikowany i wbrew pozorom robi się go bardzo przyjemnie i sprawnie. Niestety motek był tylko jeden, wzór włóczkożerny i tym sposobem stoję dokładnie w połowie roboty.

Niedoszłe niebieskie ananasy


Zaczęłam w sierpniu 2014 r., zrobiłam może do połowy. W odróżnieniu od liści wspomnianych powyżej, ten wzór to dla mnie kompletna porażka. Żeby była jasność: sam w sobie jest fantastyczny, a efekt końcowy robi wrażenie. Jednak ja go nie ogarnęłam. Nie dość, że oczek od licha i trochę, to zagęszczenie błędów, które popełniłam przekroczyło wszelkie dopuszczalne normy. Sprułam. I tyle. W marcu – po ponad półrocznym dojrzewaniu do tematu. Własnoręcznie uprzędziona i farbowana aronią włóczka pójdzie na coś innego.

A na koniec drobny akcent barankowy lub jak kto woli - świąteczny :)
Kupione na kiermaszu, wykonane przez uczestników terapii zajęciowej.

 

środa, 4 marca 2015

Piasek, morze, niebo



W ubiegłym tygodniu udało nam się na kilka dni odwiedzić Trójmiasto. Pogoda na szczęście dopisała, każdy z nas znalazł coś dla siebie, a do tego nie zabrakło akcentów tkacko-prząśniczych :)


Na pierwszy ogień poszło Gdyńskie Muzeum Motoryzacji, będące zresztą inicjatywą prywatną. Najbardziej zafascynowany był oczywiście Pan Mąż ;)

Gdyńskie Muzeum Motoryzacji to nie tylko samochody i motory.
Obejrzeć też można elementy fasad ocalone z nieistniejących budynków. Całość wygląda jak uliczka, której charakteru dodaje jeszcze bruk.

Odwiedziliśmy też m.in. Ratusz Głównego Miasta (przepiękne wnętrza, polecam) i Muzeum Bursztynu w Gdańsku (przepiękna biżuteria, też polecam ;)

Można coś włożyć.
Lub założyć.
A najlepiej to.

Ciekawostka: kołowrotek do przędzenia (nieco przystosowany) był wykorzystywany do obróbki bursztynu.

Planując zwiedzanie warto wziąć pod uwagę, że w oddziałach Muzeum Historycznego Miasta Gdańska (m.in. właśnie Ratusz Głównego Miasta, Muzeum Bursztynu) wtorek jest dniem wolnego wstępu :D


Chodziliśmy i chodziliśmy… Zwiedzaliśmy i zwiedzaliśmy…



Aż w końcu trafiliśmy do Ośrodka Kultury Morskiej Narodowego Muzeum Morskiego, gdzie dzieci zajęły się rzeczami konstruktywnymi, a nam z Panem Mężem udało się przycupnąć w spokoju na godzinkę.


O co kaman?

Misja ratowania rozbitka przez Juniora zakończyła się sukcesem.
Praca w porcie była tak wyczerpująca, że Wojcio padł na kolana.
 A potem było morze… I niebo… W zasadzie nie bardzo wiadomo, co gdzie było…

Równowaga.
No i był też zachód słońca, a jakże :)


Następnego dnia byliśmy w zoo w Oliwie. Dzieci podziwiały małpy (może na odwrót, kto to wie?), a jakie były obiekty mojego zainteresowania to raczej wiadomo ;)
 

 
Pojechaliśmy też do Babich Dołów zobaczyć na własne oczy torpedownię (zainteresowani znajdą więcej informacji tu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Torpedownia). Zwróćcie uwagę na napis na wieży :)



Po powrocie do domu na wspomnienie piasku, morza i nieba powstał niewielki chodniczek (wymiary 56 cm x108 cm, osnowa: beżowa Bawełna Anilux, wątek bawełniana poszwa na kołdrę z najlepszego sklepu pod słońcem). Frędzelki nie są jeszcze wykończone, więc ich nie pokazuję :P




I to na tyle :) Czas wrócić do pracy...

Lepiej późno niż później

Haaaloooo? Zagląda tu ktoś jeszcze? Przerwa w blogowaniu była całkiem zacna, ale wygląda na to, że już się skończyła ;) To lecimy :D  ...