wtorek, 2 sierpnia 2016

Wyczyny szalonego farbiarza. A w zasadzie trzech farbiarzy.



Rzeczone wyczyny miały miejsce na początku lipca (i w tym momencie utrwala nam się motyw przewodni niniejszego bloga, czyli „Lepiej późno niż później” ;) ).
Do zamiany mojej kuchni w farbiarnię przyczyniła się w głównej mierze pewna młoda osoba, która zgłosiła się do mnie celem pofarbowania pół kilograma włóczki wełnianej na kolor pasujący do innego pół kilograma włóczki, tak aby można było połączyć obie nitki w jednym swetrze.
Moim celem było pofarbowanie czegosięda, tak aby jakoś to wyglądało (w ramach samokształcenia w rzemiośle domowego farbiarza).
Celem trzeciej osoby z naszej trójki – Pana Wojtka, czyli osobistego Synusia nr 2 – było własnoręczne pofarbowanie włóczki, tak aby matka mogła poczynić z niej nowy szaliczek na zimę.
Tyle przynudzania, teraz efekty, czyli lecimy focie :)
Gość farbował włóczkę samodzielnie
Po płukaniu
Pan Wojtek w akcji
Efekty pracy Pana Wojtka
Do kompletu
ręcznie farbowana włóczka
Fuksjowe bliźniaki mojej produkcji
 ręcznie farbowana włóczka
 ręcznie farbowana włóczka
ręcznie farbowana włóczka
Wyszły też niebieskości z zieleniami
Wcześniejszy nieudany eksperyment został przefarbowany
 
Uprzędziona w pojedynczą nitkę czarnogłówka, ale o tym będzie kiedy indziej ;)
 ręcznie farbowana włóczka
 

wtorek, 26 lipca 2016

Post śródwakacyjny, czyli matka w pędzie pędzi dalej



Wpis miał powstać z początkiem wakacji. Miał być o tym, jak to wspaniale, że owe wakacje się rozpoczynają. O tym, jakie niosą ze sobą nadzieje – oczywiście ogromne ;) - więcej czasu, więcej chęci, dłuższe dni… Dzieci w zmiennej konfiguracji personalnej, ale jednak w domu. Czyli posprzątane, obiad na stole, czasem nawet ciasto, i w ogóle. Nic, tylko prząść, tkać, farbować i robić na drutach. I to wszystko naraz!
Jednak jak zwykle Życie wespół w zespół z Panią Śmiercią miały własny pomysł. Jak to mówią: chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach.
Ale do rzeczy. Tempo chwytania się za kolejne aktywności przeraża mnie samą i graniczy już z chorobą. Tym razem - głównie z konieczności, ale trochę (?) również z własnej woli, zapaliłam się do tematów wnętrzarskich oraz odnawiania mebli. Tak się Życie potoczyło, że muszę doprowadzić do stanu używalności spore i solidnie zagracone mieszkanie. Byłoby NIECO łatwiej, gdybym miała na ten cel nieograniczone, a przynajmniej spore, środki finansowe. A tak pozostaje przede wszystkim zakasanie rękawów…
Na pierwszy ogień (pierwsze koty?) poszedł stary, naprawdę wzbudzający litość, stołek z przedpokoju. Niewielki, z szeroko rozstawionymi nogami i okropnie brudnym, poprzecieranym obiciem… Ale… nogi i ramę wykonano z drewna dębowego. Stołek pamiętał pewnie lata 80, a może nawet i 70. Przez wiele lat służył za coś w rodzaju budy dla psa – pod nim pies miał swoje legowisko. Z tej racji nogi stołka były niesamowicie brudne. Wierzcie, zasłużył na lifting, naprawdę.


Drewno zostało porządnie wyszorowane gąbką z wodą i środkiem myjącym. Brud zszedł, a dębowe nogi i rama ukazały piękny rysunek słojów. Dlatego nie pokrywałam ich żadną farbą czy bejcą (choć kusiło, oj kusiło), tylko pozostały surowe.


Stołkowi chciałam dodać małego pazura. Na obicie wybrałam utkaną przez siebie tkaninę - fuksjowy dywanik w diamenty, z (nieśmiertelnej) bawełny Aniluxu, z całkiem ładnymi frędzlami. Tak prezentował się w marcu 2014 r. na krośnie.


Materiał i gąbka zostały wymienione przez tapicera. Najlepszy może nie był, ale i tak znał się na obijaniu stołków lepiej niż ja ;)
Odnowiony stołek prezentuje się całkiem przyzwoicie. Trafi z powrotem na miejsce, z którego został zabrany, a tymczasem przechodzi u nas w domu fazę testów.

renowacja mebli
renowacja mebli

A teraz seria zdjęć udowadniająca stwierdzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia ;)


W kolejce czekają następne ofiary mojego liftingowego pędu: trzy kuchenne stołki, szafka oraz mega zadanie: segment złożony z kilku szaf.
Ten ciągły rozwój osobisty bywa męczący, naprawdę ;)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Jeszcze...

I jeszcze ciąg dalszy efektów ubiegłotygodniowego farbowania. Czesanka, merynos: 100g gorących kolorów :) Nic, tylko prząść ;)




ręcznie farbowana wełna

Dla małej odmiany chciałabym jeszcze pokazać efekt farbowania naturalnego czesanki - również merynosa (100g). Użyty został mniszek lekarski oraz łuski cebuli. Słabo to widać na zdjęciu, ale sam środek zawijasa ma subtelny kolor żółty.

naturalnie farbowana czesanka

I oba łańcuchy razem:

czwartek, 2 czerwca 2016

Matka Natura w (chwilowej) odstawce

Korzystając z dwóch dni urlopu nareszcie wykorzystałam w praktyce wiedzę zdobytą półtora miesiąca temu na warsztatach fantazyjnego barwienia wełny w Hobby Wełna. Pierwsze koty za płoty ;)
ręcznie farbowana włóczka
ręcznie farbowana włóczka
Pierwsze dwa motki to Drops Baby Merino (100% superwash extra fine Merino wool 50g/175m).
Kolejne dwa to Lang Merino 400 lace (Merino extrafine 25g/200m).

Motków jest nieco więcej, ale wszystko w swoim czasie ;)

niedziela, 29 maja 2016

Kontynuując temat farbowania naturalnego

chwalę się ;) kolejnymi dwoma motkami. Tym razem na celownik wzięłam cieniznę - 25g/200m (lace), 100% merino.
naturalnie farbowana wełna
wełna farbowana roślinami

Nieskromnie sądzę, że efekt końcowy farbowania jest bardzo zadowalający. Na tyle, że pewnie włóczka niedługo trafi na druty. Moje druty :P
Miłego tygodnia!
M.

czwartek, 26 maja 2016

Give me five :D

Prezentuję pierwszą w tym roku naturalnie farbowaną piąteczkę. To 100% wełna superwash, 50g/100m.

ręcznie farbowana wełna
ręcznie farbowana włóczka
ręcznie farbowana wełna
naturalnie farbowana wełna
Idealna do wykorzystania w jednym projekcie :)

poniedziałek, 16 maja 2016

Etui na czytnik, czyli skarpetka dla Kindelka




W ramach powrotu do uczestniczenia w życiu kulturalnym (określenie potoczne jest mniej kwieciste) zaopatrzyliśmy się niedawno w czytnik e-booków. Bez okładki oczywiście, bo po co ;) W związku z tym zaistniała konieczność popełnienia jakowejś.
Wiem, że najlepsze są twarde okładki, chroniące nie tylko ekran, ale i samo urządzenie. Ale co tam. Od kilku lat używam szydełkowych skarpet na dwa telefony komórkowe i sprawdzają się one bez zarzutu (telefony też, choć służbowy to porażka). Czasem wyprać tylko trzeba (tym razem chodzi tylko o skarpety), bo mają bardzo praktyczne, jasne kolory ;)
Poszłam więc tym samym tropem, chwyciłam szydełko, nieśmiertelną Aniluxową Bawełnę w kolorze czarnym i powstało takie cóś.
skarpeta na czytnik
Dla umajenia dodałam dwa elementy „african flower” z resztek w różnych kolorach. Skarpeta na czytnik z racji większych rozmiarów jest mniej praktyczna niż te na telefony; czytnik jest trudniej włożyć. Okładki z klapką na pewno sprawdzają się zdecydowanie lepiej jeśli chodzi o dostęp do urządzenia w różnych warunkach czytelniczych. Ale moja jest niepowtarzalna :P
skarpeta na czytnik
Miłego tygodnia :)

Lepiej późno niż później

Haaaloooo? Zagląda tu ktoś jeszcze? Przerwa w blogowaniu była całkiem zacna, ale wygląda na to, że już się skończyła ;) To lecimy :D  ...