poniedziałek, 30 czerwca 2014

Matka tka…


No nareszcie ;) Trochę to zajęło, ale w tzw. międzyczasie miałam sporo innych zajęć, w tym również takich związanych z przerabianiem różnej maści (dosłownie) „skarbów z worka” :) Ale o tym innym razem.

Produkt finalny projektu jest już gotowy. Jeśli chodzi o rozmiar, to niestety nie jest jakiś szczególnie imponujący – 67x34 cm.
Teraz trochę danych technicznych: w związku z tym, że projekt w założeniu nie miał być duży, na osnowę użyłam resztek bawełnianego kordonka otrzymanego w spadku po mamie (Kordonet 30), gęstość płochy 40 szczelin na 10 cm, przy czym osnowę przewlekałam w co drugą szczelinę.


Jak wiecie, przędze przeznaczone na projekt były różnej grubości i – powiedziałabym – faktury ;) Z tej racji – po baaardzo dogłębnych przemyśleniach i opanowaniu przemożonej chęci zastosowania bardziej fikuśnego splotu – zdecydowałam się na splot płócienny, z wątkiem zakrywającym osnowę. Założyłam, że skoro przędze sporo się od siebie różnią, trzeba sięgnąć po środki najprostsze, tak aby różnice w jakości przędzy nie zdominowały tkaniny.

Od góry: korzeń farbownika lekarskiego, liście brzozy, kwiaty mniszka lekarskiego, łuski cebuli.
Oczywiście nie obyło się bez błędów. Pierwszy objawił się przy rozcinaniu nitek, którymi związałam motki farbowane łuskami cebuli oraz liśćmi brzozy. Motki były dość grube, nitki zbyt ciasno związane… I barwnik w te miejsca nie dotarł. Pozostały cztery jasne paski niezafarbowanej wełny. W tkaninie dało to niezamierzony, ale dość ciekawy efekt melanżu :)
Drugie niedociągnięcie to nierówne brzegi. Nie stosuję rozpinacza, a poszczególne przędze użyte do tkania różniły się elastycznością. Widać to w gotowym wyrobie.
Wątek zakrywający osnowę. No nie do końca… Są miejsca, gdzie osnowa jest widoczna. Przyczyny wg mnie są dwie: miejscami wątek jest zbyt cienki, a słabsze dobijanie było spowodowane obawą przed skończeniem się przędzy ;) – a przecież paski musiały być w miarę jednakowej szerokości.
Sknociłam też nieco wykończenie, to jest podszycie brzegów. Chciałam zastosować patent podejrzany tu, ale w momencie zdejmowania tkaniny z krosna zorientowałam się, że źle zaczęłam – nie utkałam brzegu tak jak należy. Lepiej późno niż później, jak to powiadają ;) W każdym razie – reszta wykończenia poszła jak trzeba, użyłam kleju modelarskiego, igły i nitki. Tylko brzeg jest nieco grubszy niż by mógł być.


I tym sposobem dotarłam do końca realizacji mojego projektu… Teraz przede mną trochę papierkowej roboty, bo muszę jeszcze rozliczyć projekt.

barwienie naturalne, ręcznie tkane

Oczywiście na tym nie kończę mojej działalności prząśniczo-tkackiej. Tym bardziej, że są już WAKACJE. Trójka Kochanych Dzieciątek (ekhm..) sukcesywnie udaje się w kierunku wakacyjnego udania. A zatem chata wolna i czasu nieco więcej. Może uda się trochę tego pędu wyhamować. Czego i Wam życzę :)

4 komentarze:

  1. Gratuluję finiszu! Gotowy bieżnik prezentuje się bardzo ładnie.
    Coś czuję, że mimo wyhamowania tak naprawdę dopiero teraz się zacznie :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Na szczęście kolory wyszły dość ładne, więc trochę nadrabiają braki techniczne ;)

      Usuń
  2. Cudny, piekne ciepłe kolory takie moje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kolory wyszły ciekawe i rzeczywiście ładnie zgrały się ze sobą. Moim faworytem jest chyba pistacja z mniszka lekarskiego. Ostatnio farbowałam motek korzeniem szczawiu, wkrótce zdam relację co uzyskałam.

      Usuń