niedziela, 3 grudnia 2017

Po skosie



Szybciutko, częściowo podczas podróży służbowej ;) powstały dwie czapki. Jedna dla mnie, druga dla Najmłodszego. Najmłodszy niestety posiał jeszcze w ubiegłym sezonie czapkę, którą zrobiłam dla niego równo rok temu (ach ten fb, o wszystkim przypomni i jeszcze ma nadzieję, że wspomnienia sprawią mi radość ;)

YarnArt Everest

Włóczka to żaden wypas: YarnArt Everest (na wypadek posiania i tej czapki; Najmłodszy to specjalista w tej dziedzinie). Dla urozmaicenia czapka ma dwa warkocze.





Czapka wyszła nieco zbyt luźna i wg relacji dziecka również przewiewna. Podszyłam ją więc szerokim pasem polaru i wydaje się, że jest o wiele lepiej. W związku z czym swoją też podszyję (w tzw. wolnej chwili oczywiście).

 
Moja czapka zrobiona jest z Nako Artist, bo został mi motek z ubiegłego roku, który – jak się okazało – ładnie zgrywał się z nową kurteczką. A co ;)

Nako Artist





Obie czapki powstały z prostokąta wydzierganego po skosie.


Konkluzja jest taka, że zdecydowanie częściej muszę wyjeżdżać w delegacje ;)

piątek, 10 listopada 2017

I wyplątałam się…




Niemal przez cały ostatni miesiąc walczyliśmy z zapaleniem płuc Pana Wojtka. W ramach tej walki zwizytowaliśmy nawet na tydzień szpital. Na szczęście diabeł (szpital czyli) nie był taki straszny. Muszę zaznaczyć, że nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, bo nigdy żadne z naszych dzieci nie było w szpitalu. Niemniej jednak Pan Wojtek jest już zdrowy, życie wróciło do ustalonego rytmu, a oba lniane sweterki zostały w końcu ukończone.
I wyszły nawet całkiem, całkiem. Jedynym drobnym niedociągnięciem w obu przypadkach jest to, że z uwagi na tendencję do rozwlekania się lnianych dzianin, zrobiłam je rozmiarowo „na styk”, a nawet delikatnie przyciasne i przykrótkie. Mam jednak nadzieję, że w trakcie użytkowania i prania nieco się poluzują ;) A jeśli nie, to trzeba będzie wprowadzić w życie plan B, czyli wziąć się trochę w ryzy (co zresztą tak czy inaczej się przyda) ;)
Jeden ze sweterków miał już nawet chrzest bojowy i muszę przyznać, że sprawdził się bardzo dobrze. A oto i on.




I jeszcze kilka szczegółów…




Lenka


Kolory lnu fantastycznie zgrały się z winogronami. Mamy jak co roku klęskę urodzaju, a ptaki – mimo szczerych chęci i intensywnych działań – same nie dają rady. Pomogłam im nieco przerabiając dwa uczciwe wiadra winogron na sok. I to były już naprawdę ostatnie przetwory, które zrobiłam w tym roku. Daję słowo ;)

lniany sweterek






A, i jeszcze dane techniczne:
Wzór: z głowy; konstrukcja jest taka, że tył może być równie dobrze przodem
Druty: 2,5
Włóczka: Lenka, podwójna nitka (Włóczki Warmii)
Czas: 2 miesiące ;D

niedziela, 8 października 2017

Ugrzęzłam



Niestety radosna lniana twórczość na drutach trwa nadal. Niestety, bo druty mają rozmiar 2,5, a to co na nich powstało już dwa razy zostało sprute. Trudno. Lniana akcja toczy się więc dalej, tempem leniwym i bez większych emocji czy zrywów. Do tego na dwóch frontach…







Najgorsze w tym wszystkim jest jednak nie szalone tempo przyrastania dzianin, ale to co się wylęgło, kłębi i kotłuje w mojej głowie. Stado pomysłów! Mam podejrzenia, że zanim ukończę rzeczone lniane dzianiny, to mi z tymi pomysłami przejdzie.

wtorek, 19 września 2017

O zaletach remontu cz. 2 – worki z wełną



Podczas remontu można przyjąć jeszcze inną strategię i zrobić przegląd worków z wełną zalegających w garażu od dwóch czy trzech lat (tak, wiem że to straszny wstyd).
Stan liczbowy worków wyraźnie wskazywał na to, że dawno już przebieraniem wełny się nie zajmowałam. Ale to chyba właśnie dzięki temu odkryłam, że moje podejście w tej sprawie nieco ewoluowało. W kierunku: bez sentymentów. Zero litości. NO MERCY. Czyli tak, jak być powinno od samego początku.
Wcześniej pochylałam się nad każdą kępką wełny, pieczołowicie wydłubując fafle, wybierając do dalszej przeróbki wszystkie fragmenty runa, które tylko dawały cień nadziei na uzyskanie jakiejkolwiek nitki. Próbowałam ratować i wykorzystać, co tylko się dało, na zasadzie: kupka się dopierze, a włosy ościste wcale mnie nie gryzą 😉 Tylko po co ta cała robota?
Tym razem było inaczej.

Skorygowana procedura wygląda tak:
  1. Po otwarciu worka następuje szybka ocena towaru i decyzja – przebieramy czy wyrzucamy. Wyrzucamy wszystko, co wygląda podejrzanie, ma jakiekolwiek ślady życia lub jest potwornie zanieczyszczone.
  2. Jeśli przebieramy – rozkładamy runo i od razu oddzielamy i wyrzucamy wszystkie części zanieczyszczone odchodami i innymi sprawami (paszą, roślinami), podfilcowane oraz z dużą ilością włosów twardych i sztywnych, z których powstałby na kołowrotku co najwyżej drut. W praktyce najczęściej jest to wełna z nóg, przodu, tyłu i boków.
  3. To co zostanie – porządnie wytrzepujemy, aby pozbyć się króciutkich kępek wełny – przystrzyżeń.
  4. Następnie odwracamy na lewą stronę (bliższą ciału 😉) i wybieramy przystrzyżenia, które zostały, lekko rozluźniając wełnę.
  5. Odwracamy na prawą stronę, lekko rozluźniając wełnę i wybierając największe zanieczyszczenia, ale bez przesady – reszta wypadnie podczas suszenia.
  6. Znowu porządnie wytrzepujemy.
  7. Oglądamy pod światło – przystrzyżenia jeszcze się znajdą – wybieramy je oczywiście.
  8. Dalej możemy już prać i suszyć.
  9. Po wysuszeniu znowu rozluźniamy i wytrzepujemy – wtedy wypadnie większość drobnych zanieczyszczeń.
Taki tryb postępowania można zastosować do runa, które mamy w całości. Każde runo jest inne i trzeba podejść do niego indywidualnie, ale przynajmniej część tej procedury sprawdza się w wielu wypadkach.
A to jeden z moich garażowych skarbów 😊