wtorek, 18 września 2018

Pomieszane z poplątanym, czyli mam kota






To, że mam kota dla większości moich znajomych jest oczywistą oczywistością. Teraz jednak – jak niemal każda szanująca się dziewiarka – mam też kota dosłownie, z krwi i kości. Miesiąc temu przyszedł i został.
Przedstawiam Prezesa (bez zbędnych skojarzeń proszę ;) ).



Słodki z niego chłopak :D I bardzo towarzyski. Czasem opowie co u niego, bardzo lubi się przytulać i pomaga we wszystkich pracach w ogrodzie. Jest z nami zawsze i wszędzie, z ogonem postawionym na baczność jak antena. Wniósł powiew świeżości do naszej rodziny.



Niestety, z Bestią się nie dogadują, a w zasadzie to Bestia go nie akceptuje i znienacka potrafi kłapnąć paszczą jak rasowy krokodyl. Z tej racji towarzystwo jest na stałe oddzielone drzwiami od tarasu. Niestety, bo nie jesteśmy zwolennikami kotów wychodzących bez nadzoru.


Dla jasności: kotów nie lubimy i nigdy nie lubiliśmy, ze szczególnym uwzględnieniem tych półdzikich, wioskowych morderców wszystkiego co żywe. Zapaskudzone przez kocury pranie oraz kocie kupy na grządkach warzywnika tez nie przemawiały na ich korzyść. Poza tym wszyscy całe życie mieszkaliśmy z psami; koty to dla nas całkiem obcy gatunek.
Prezes jest jednak ciut inny. Krótki research wioskowy wykazał, że był kotem „domowym”. Wzięty jako kociak, by dziecko miało się czym bawić, zaczął dorastać i pachnieć kocurem. Więc wyrzucono go z domu, jak śmieć czy zepsutą zabawkę, a w zamian dziecko dostało kolejnego małego kotka… „Kastracja przecież kosztuje” (tak, to cytat). Nie chcę tego komentować i ubolewam, że wśród ludzi jest tylu nieludzi. I cieszę się, że mimo wszystko są też ludzie, którym zależy. I absolutnie nie mam na myśli nas, tylko tych kilka osób, które całkowicie bezinteresownie pomogły nam ogarnąć tą kocią niespodziankę, łącznie z kastracją, odrobaczeniem, szczepieniami, kontenerkiem, domkiem a nawet karmą. I dały „instrukcję obsługi” do tego całkowicie nieznanego dla nas stworzenia.