wtorek, 2 sierpnia 2016

Wyczyny szalonego farbiarza. A w zasadzie trzech farbiarzy.



Rzeczone wyczyny miały miejsce na początku lipca (i w tym momencie utrwala nam się motyw przewodni niniejszego bloga, czyli „Lepiej późno niż później” ;) ).
Do zamiany mojej kuchni w farbiarnię przyczyniła się w głównej mierze pewna młoda osoba, która zgłosiła się do mnie celem pofarbowania pół kilograma włóczki wełnianej na kolor pasujący do innego pół kilograma włóczki, tak aby można było połączyć obie nitki w jednym swetrze.
Moim celem było pofarbowanie czegosięda, tak aby jakoś to wyglądało (w ramach samokształcenia w rzemiośle domowego farbiarza).
Celem trzeciej osoby z naszej trójki – Pana Wojtka, czyli osobistego Synusia nr 2 – było własnoręczne pofarbowanie włóczki, tak aby matka mogła poczynić z niej nowy szaliczek na zimę.
Tyle przynudzania, teraz efekty, czyli lecimy focie :)
Gość farbował włóczkę samodzielnie
Po płukaniu
Pan Wojtek w akcji
Efekty pracy Pana Wojtka
Do kompletu
ręcznie farbowana włóczka
Fuksjowe bliźniaki mojej produkcji
 ręcznie farbowana włóczka
 ręcznie farbowana włóczka
ręcznie farbowana włóczka
Wyszły też niebieskości z zieleniami
Wcześniejszy nieudany eksperyment został przefarbowany
 
Uprzędziona w pojedynczą nitkę czarnogłówka, ale o tym będzie kiedy indziej ;)
 ręcznie farbowana włóczka