czwartek, 17 lipca 2014

Idąc za ciosem


W ramach urozmaicenia podczas tkania mojej „projektowej” tkaniny pofarbowałam kolejny motek.
Motek zaprawiony był tradycyjnie już ałunem (robię tak, że jak już mam kilka uprzędzionych motków, to zaprawiam je hurtem podczas jednego pichcenia, a potem sukcesywnie farbuję na różne kolory). Tym razem użyłam pociętego korzenia szczawiu, w dość sporej ilości (tradycyjnie też nie ważyłam L ). Po godzinie gotowania kolor był mało ciekawy, przedłużyłam więc gotowanie do około 3 godzin. Uzyskałam kolor bladoróżowy, delikatny. (Brązowy moteczek obok to inna historia).


Zrobiłam też eksperyment z wykorzystaniem kwitnącego oregano, bo znalazłam informację, że cała roślina z zaprawą ałunową barwi wełnę na kolor purpurowy. Może i tak, ale ja uzyskałam brudnożółty ;) Najprawdopodobniej coś musiałam przekombinować. Albo nie miała to być kwitnąca roślina, albo miała być dosłownie cała – z korzeniem. Nie wiem. 


Dwa z Kochanych Dzieciątek wróciły już ze swoich wyjazdów (tylko dlaczego tak szybko?). Jak się okazało, każde z nich miało małą przygodę tkacko-prząśniczą, co mnie niepomiernie uradowało. Oczywiście Dzieciątka zostały szczegółowo wypytane co i jak :)
Pierwsze z nich nawiedziło Biskupin. Dowiedziało się, jak kiedyś przędziono na wrzecionie oraz na czym tkano. Były również małe warsztaty – dzieciaki próbowały zabawy z wrzecionem oraz tkały krajki na bardkach. A oto krajka Małego :)


Drugie z Dzieciątek było w Muzeum Beskidzkim w Wiśle. Dowiedziało się tam m.in. że: „Owce strzyżono dwa razy do roku, potem wełnę prano i czesano, a potem przędziono. Były też duuuuże krosna (przy mojej glimakrowej Julce wszystkie są duże ;) ). I były przygotowane do pracy – miały założoną osnowę i deseczkę na wątek”.
Niestety, żadne z dwóch Dzieciątek nie uważa za stosowne by używać aparatu fotograficznego :/ A matka tak by sobie zdjęcia tego wszystkiego pooglądała…