środa, 29 kwietnia 2015

O farbowaniu, czyli łapiąc słońce


W związku z przybyciem Pani Wiosny, kilograma czesanki z Poltopsu oraz pojawieniem się na trawnikach łanów kwitnących mniszków, oficjalnie rozpoczęłam sezon farbowania wełny. Nie bez znaczenia był też dzień urlopu :)

Po ubiegłorocznych doświadczeniach z farbowaniem spodziewałam się uzyskać z mniszka lekarskiego kolor żółtoseledynowy. Wełna zabarwiła się jednak na cytrynowożółty, bardzo ładny, wiosenny i słoneczny kolor. 

Czesanka Poltopsu farbowana mniszkiem lekarskim.

 Dwa motki uprzędzionego dubla też zmieniły swój kolor.

Od lewej: dubel farbowany kwiatami mniszka oraz łuskami cebuli, część przędzy pozostała w kolorze naturalnym; dubel farbowany kwiatami mniszka lekarskiego. Kolory w rzeczywistości są bardziej intensywne.

W drodze eksperymentu przygotowałam dwa słoje do farbowania solarnego.

Opalanie na słoneczku.

Może to falstart, ale słoneczko tak pięknie świeciło, że musiałam… Po lewej, czyli duży delikwent: czesanka Poltops, łuski cebuli, kwiaty mniszka lekarskiego, listki brzozy + garść suszonych kocanek. Po prawej, czyli mały delikwent: czesanka Poltops, łuski cebuli, kwiaty mniszka, listki brzozy. Poczekamy, zobaczymy.

A takie są efekty farbowania uprzędzionych singli mrożoną aronią (farbowałam dwa tygodnie temu).

Od prawej: wełna pierwsza kąpiel, bawełna pierwsza kąpiel, wełna druga kąpiel.
Komplecik czesanek. Od środka: merynos druga kąpiel w aronii; Poltops pierwsza kąpiel w aronii, Poltops druga kąpiel w mniszku, Poltops pierwsza kąpiel w mniszku.



Cała wełna przeznaczona do farbowania została wcześniej zaprawiona ałunem.

W roli tła wystąpiły dwie cegły z nieistniejącej już cegielni w Antoniewie.
 

czwartek, 2 kwietnia 2015

O pracach wszelakich


Jedna czwarta roku minęła jak z bicza strzelił. Dawno o niczym nie pisałam, więc to chyba właściwy moment na małe podsumowanie minionych trzech miesięcy. Oprócz tego, co już wcześniej pokazałam na blogu, powstało kilka innych rzeczy. To trochę jak z piosenkami B-sides: nie są na tyle dobre, żeby pojawić się na pierwszych stronach, ale można je zebrać razem i opublikować, a czasami nawet komuś się podobają ;)

A więc w minionym kwartale:

Się zatkało
  
Dywanik dla Koleżanki


Koleżanka oczekiwania miała sprecyzowane – dywanik musiał być niebieski. Chciałam, żeby był taki… taki… ładny. W trakcie tkania prułam go trzy razy, ale wersja końcowa dalej mnie nie satysfakcjonuje. Niemniej jednak spełnił oczekiwania Koleżanki.

Dywanik w romby (oczywiście znowu dywanik)


Byłam z siebie bardzo dumna podczas pracy nad nim. Ten zestaw kolorów, fajny wzór, kilka koszulek mniej w szafie… Po zdjęciu z krosna okazało się, że jeden z białobeżowych pasków jest wyraźnie węższy. Cóż, dwa przerzuty wątku mniej i wyszła chała.


Się uprzędło

Brązowa alpaka: 846 gramów w 779 metrach


Przyjmijmy, że to mleczna czekolada. Szczerze mówiąc ten kolor mnie nie porwał, przerobić ją jednak trzeba było. Przebrałam, wyprałam, wyschło, zgręplowałam i uprzędłam. Pierwsze dwa motki zdecydowanie za grubo. Resztę w miarę przyzwoicie. Popełniłam za to inny błąd: motki nie są wyrównane pod względem jakości (rodzaju włosa). Dwa są mięciutkie i leciutkie (jak na alpakę przystało), kilka średnich, a trzy wyraźnie ostrzejsze i sztywniejsze. Tak to jest jak się źle wymiesza surowiec, grępluje i przędzie partiami.



Się działo

Matczyna beretka

W roli modela słoik z suszonymi jabłkami

Po 40 latach latania po tym świecie bez czapki bez konsekwencji zdrowotnych (serio, do niedawna nie miałam ani jednej czapki), tej zimy przyplątały się kłopoty z zatokami. Chciał czy nie, trzeba było zorganizować coś na głowę. Niestety nie jestem w stanie kupić żadnej czapki w sklepie. Albo skład nie ten, albo nic mi się nie podoba. Jak już znajdę taką, która jest i ładna, i szlachetna w składzie, to dochodzę do wniosku, że taką to mogę sobie sama zrobić. I na tym temat się kończy. Ze swetrami mam dokładnie tak samo. Aczkolwiek kilka posiadam :D
Matczyna beretka powstała z własnoręcznie uprzędzionej wełny wrzosówki, świniarki i alpaki, wg wzoru Ogiku. Autorska, kolorowa wersja Ogiku wygląda fantastycznie, moja jest zdecydowanie skromniejsza. No i trochę za duża ;) W każdym razie potwierdzam to, co napisała autorka wzoru. Nie trzeba mieć „tête à chapeaux”, żeby dobrze w niej wyglądać.



Mini Jagódka


To mniejsza wersja owieczki Jagódki zrobiona z niej samej. Wzór Dropsowy, w wersji autorskiej wygląda o niebo lepiej. Ale i tak mi się podoba. Zamieszkała u Właścicielki owieczek.

Liście lecą z drzew
 

Z Niszy wygarnęłam motek ślicznego Samarkanda Holst Garn’a. Długo myślałam co z nim zrobić. Wybór padł na Fionę Dropsa. Wzór nie jest mocno skomplikowany i wbrew pozorom robi się go bardzo przyjemnie i sprawnie. Niestety motek był tylko jeden, wzór włóczkożerny i tym sposobem stoję dokładnie w połowie roboty.

Niedoszłe niebieskie ananasy


Zaczęłam w sierpniu 2014 r., zrobiłam może do połowy. W odróżnieniu od liści wspomnianych powyżej, ten wzór to dla mnie kompletna porażka. Żeby była jasność: sam w sobie jest fantastyczny, a efekt końcowy robi wrażenie. Jednak ja go nie ogarnęłam. Nie dość, że oczek od licha i trochę, to zagęszczenie błędów, które popełniłam przekroczyło wszelkie dopuszczalne normy. Sprułam. I tyle. W marcu – po ponad półrocznym dojrzewaniu do tematu. Własnoręcznie uprzędziona i farbowana aronią włóczka pójdzie na coś innego.

A na koniec drobny akcent barankowy lub jak kto woli - świąteczny :)
Kupione na kiermaszu, wykonane przez uczestników terapii zajęciowej.