poniedziałek, 2 czerwca 2014

Matka, prać?



Pewien znajomy, którego mama dawno temu przędła (a i on będąc dzieckiem to potrafił), powiedział mi: „Matka nie prała”. I rzeczywiście – niegdyś często, szczególnie w gospodarstwach i przy przerobie na małą skalę (oraz oczywiście gdy runo było czyste) - przędziono wełnę niepraną, nieodtłuszczoną.
Ja jednak zdecydowałam się na upranie mojego runa, odkładając trenowanie przędzenia wełny bez prania (we własnym tłuszczu) do momentu, kiedy zdobędę materiał nieco mniej zanieczyszczony i dłuższy. Poza tym moją wełnę zamierzam zgręplować, a z uwagi na szacunek do sprzętu ;) należało pozbyć się lanoliny. Głównym celem prania jest bowiem usunięcie tego tłuszczu oraz pozostałych zanieczyszczeń zlepiających włos.
Korzystając z pewnej słonecznej niedzieli wytargałam z zakamarków piwniczno-garażowych niezbędne wyposażenie: duży plastikowy pojemnik, spory garnek, butelkę szamponu pokrzywowego, gumowe rękawice oraz niezwykle gustowną powłoczkę na poduszkę.


Uznałam, że podczas prania i płukania będę trzymać się dwóch zasad: woda musi mieć zbliżoną temperaturę oraz jak najmniej mieszać/pocierać/w ogóle ruszać runo. Sam proces wyglądał następująco.
Do pojemnika wlałam około 20 l dość mocno ciepłej wody (nie, nie mierzyłam temperatury termometrem, po prostu włożyłam do wody rękę), dodałam szamponu pokrzywowego, zamieszałam i do tak przygotowanej kąpieli włożyłam wełnę. Delikatnie ją zanurzyłam pod wodę aby szybciej nasiąkła i pozostawiłam w spokoju na około dwie godziny.


Po tym czasie woda zamieniła się niemal w breję. Wyłowiłam więc wełnę, delikatnie ją odcisnęłam i powtórzyłam cykl prania. Po drugim praniu woda wyglądała znacznie lepiej, stwierdziłam więc, że czas zacząć płukanie. Płukanie powtarzałam tak długo, aż woda była czysta, co troszkę trwało ;)
Po wypraniu żółtawe początkowo runo zrobiło się niemal całkiem białe. Zażółcone pozostały tylko niektóre końcówki zniszczone przez amoniak.
Mokrą kulę wełny włożyłam do poszewki na poduszkę i powiesiłam do odcieknięcia.

  

Następnego dnia rozluźniłam nieco zbite runo i – nadal w poszewce – rozłożyłam na suszarce do prania. Codziennie je odwracałam aż po kilku dniach całkowicie wyschło.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz