piątek, 10 listopada 2017

I wyplątałam się…




Niemal przez cały ostatni miesiąc walczyliśmy z zapaleniem płuc Pana Wojtka. W ramach tej walki zwizytowaliśmy nawet na tydzień szpital. Na szczęście diabeł (szpital czyli) nie był taki straszny. Muszę zaznaczyć, że nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, bo nigdy żadne z naszych dzieci nie było w szpitalu. Niemniej jednak Pan Wojtek jest już zdrowy, życie wróciło do ustalonego rytmu, a oba lniane sweterki zostały w końcu ukończone.
I wyszły nawet całkiem, całkiem. Jedynym drobnym niedociągnięciem w obu przypadkach jest to, że z uwagi na tendencję do rozwlekania się lnianych dzianin, zrobiłam je rozmiarowo „na styk”, a nawet delikatnie przyciasne i przykrótkie. Mam jednak nadzieję, że w trakcie użytkowania i prania nieco się poluzują ;) A jeśli nie, to trzeba będzie wprowadzić w życie plan B, czyli wziąć się trochę w ryzy (co zresztą tak czy inaczej się przyda) ;)
Jeden ze sweterków miał już nawet chrzest bojowy i muszę przyznać, że sprawdził się bardzo dobrze. A oto i on.




I jeszcze kilka szczegółów…




Lenka


Kolory lnu fantastycznie zgrały się z winogronami. Mamy jak co roku klęskę urodzaju, a ptaki – mimo szczerych chęci i intensywnych działań – same nie dają rady. Pomogłam im nieco przerabiając dwa uczciwe wiadra winogron na sok. I to były już naprawdę ostatnie przetwory, które zrobiłam w tym roku. Daję słowo ;)

lniany sweterek






A, i jeszcze dane techniczne:
Wzór: z głowy; konstrukcja jest taka, że tył może być równie dobrze przodem
Druty: 2,5
Włóczka: Lenka, podwójna nitka (Włóczki Warmii)
Czas: 2 miesiące ;D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz