wtorek, 8 sierpnia 2017

Nie taki len straszny


Pierwsze moje spotkanie z lnem miało miejsce kilka lat temu. Zafascynowana opowieściami Manii Tkania i efektami jej płomiennego uczucia do lnu, dokonałam stosownych zakupów. Stosowne zakupy spędziły niestety kilka lat w kartonie, czekając na bardziej sprzyjające okoliczności. Od czasu do czasu zaglądałam do nich, poszukując ewentualnych i jakże niepożądanych śladów życia.
Nie wiem, czy bardziej brakowało mi czasu, czy odwagi…
Pierwszy raz skubnęłam len gdzieś w połowie roku 2015, bynajmniej nie w celach tkackich. Spożytkowałam go na chustę Nympalidea Melindy VerMeer. Chusta wyszła całkiem, całkiem 😉 jednak brak jej „ciężaru” i w związku z tym nie prezentuje się szczególnie okazale. Ale fantastycznie sprawdza się w ciepłe, wietrzne dni lub podczas przeciągów w pracy.

len



Po raz drugi skubnęłam lniane zapasy w tym roku. Z dwóch nitek powstał bardzo prosty w swej konstrukcji sweterek. Całkiem według mojego pomysłu 😊 Sprawuje się rewelacyjnie i jest bardzo ładny ;D (w formie leżących zwłok niestety nie prezentuje się szczególnie okazale, ale nic nie poradzę na brak nadwornego fotografa...)






Zachęcona całkiem przyzwoitą współpracą lnu podczas knittingu, skubnęłam len po raz trzeci i PRZYGOTOWAŁAM OSNOWĘ. Oczywiście sprawa musiała znowu nabrać mocy urzędowej i wykrochmalona osnowa spędziła kilka miesięcy na ławce rezerwowych.
Ale nadszedł ten dzień…
Osnułam krosno, zaczęłam tkać i pierwsze 4 cm tkaniny odcięłam. Osnowa była za gęsta, wzór nieczytelny. Po przeliczeniach i ponownym przewleczeniu przez płochę było już lepiej, choć nie do końca satysfakcjonująco. Ale jak na pierwszą lnianą próbkę ujdzie 😉

tkanie lnu




lniane

Moje spostrzeżenia?
Len również podczas tkania zachowywał się zaskakująco przyzwoicie. Przetarła się tylko jedna z nitek osnowy. Przetarły się migiem również obie nitki boczne, ale z tej przyczyny, że dorabiane były prosto z kłębuszka i nie klejone. Tym samym rozwiała się pokusa, żeby następnym razem jednak nie kleić osnowy. Osnowę kleiłam krochmalem i zrobiłam to chyba za mocno. Wypłukałam ją porządnie, ale i tak pozostała sztywna jak drut, a nici posklejane. Musiałam trochę popracować nad jej „gibkością”. Ale nawet po założeniu nici były pogniecione. Moje osnowy nigdy nie są specjalnie porządne, ale ta wyglądała na szczyt niechlujstwa. Zaskoczyła mnie też jej nieelastyczność. Niby tego się spodziewałam, ale jednak… Tkało się – przynajmniej na początku – zupełnie inaczej niż wełnę czy nawet bawełnę. Natomiast po praniu i prasowaniu - o tak, wygląda zdecydowanie lepiej :)
Współpraca z lnem okazała się na tyle przyjemna, że… powiększyłam jego zapasy dokonując… stosownych zakupów :D



Obecnie na drutach w rozmiarze 2,5 mam… len. Powstaje z niego bluzeczka, również według mojego widzimisia - wróć: projektu - po raz pierwszy robię raglan od góry 😊



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz